Jeśli kochacie swoje zwierzątka - trzymajcie je jak najdalej od tego miejsca, inaczej mogą stracić życie przez lekarzy, dla których liczą się tylko pieniądze. Moja kotka źle się poczuła we wtorek, w środę rentgen pokazał u niej w ciele jakiś zarys (razem z bratem podejrzewaliśmy, że zjadła coś, czego nie powinna), po czym lekarz (Zbigniew) wysłał nas na USG, które pokazało zapalenie żołądka i jelita. Dostałam informację, że po 2-3 dniach zastrzyków kotka powinna wyzdrowieć, ale tak się nie stało. Kolejnym krokiem była endoskopia, w sobotę jedna Pani (Małgorzata) powiedziała, że kotka nie jest w tak tragicznym stanie, by to badanie było potrzebne na już, więc mam przyjść do nich w środę, bo wtedy jest lekarz od tego badania. W międzyczasie u mojej kotki pojawił się jakiś obrzęk w okolicach gardła, przez to wszystko ona wcale nie chciała jeść, o czym mówiłam lekarzom. Pani, która przyjmowała mnie w sobotę powiedziała, że kot może nie jeść max. 3 dni, więc dopiero w niedzielę dostałam pokarm do podawania w strzykawce. Kiedy zapytałam jak często go podawać - inna Pani (Katarzyna) powiedziała, że tyle razy, ile normalnie karmię kota. W poniedziałek moja kotka była już w bardzo złym stanie, we wtorek już prawie w ogóle się nie poruszała, mówiłam o tym, że jak zeskakuje z łóżka to ląduje na pyszczku, bo przez to, że w ciągu tygodnia niewiele jadła wcale już nie miała siły, a lekarz (Zbigniew) mimo to stwierdził, że jest okej i na następny dzień mam przyjść na endoskopię. Niestety moja kotka, która była ze mną od 9 roku życia - nie dożyła tego badania. W nocy z wtorku na środę była już w tak opłakanym stanie, że podejrzewaliśmy, że nie wytrzyma do rana, więc zabraliśmy ją do całodobowego szpitala dla zwierząt. Tam dowiedzieliśmy się, że kot może nie jeść max. 2 dni (a nie 3, jak powiedziano mi w tej lecznicy), a pokarm, który jej dawaliśmy w strzykawce - powinniśmy jej podawać co 2-3 godziny, a nie tyle razy ile normalnie karmimy kota. Dodatkowo Panie w szpitalu powiedziały, że moja kotka była tak osłabiona, że nikt normalny nie wykonałby endoskopii w tak krytycznym stanie, bo takie badania wykonuje się tylko wtedy, gdy zwierzątko ma szansę je przeżyć. Kiedy zadzwoniłam do lecznicy po śmierci mojej kotki, żeby zapytać dlaczego kazano mi czekać na endoskopię do środy zamiast skierować mnie na to badanie w innym miejscu, bo gołym okiem było widać, że jest coraz gorzej - usłyszałam od Pana Zbiegniewa, że on musi ufać innym lekarzom, a USG nie wykazało przecież żadnego ciała obcego. Tylko co to za argument, skoro takie badanie nie zawsze coś pokaże i dlatego następnym krokiem jest endoskopia, a potem jeśli i ona nic nie wykaże - "otworzenie" zwierzątka. Dodatkowo przez telefon powiedziano mi, że we wtorek moja kotka była w stanie stabilnym, więc myśleli, że ten jeden dzień nie zrobi różnicy. Tylko jeśli stanem stabilnym można określić ten, w którym kot prawie wcale się nie porusza (a gdy próbuje - upada na pyszczek), nie chce jeść, nie śpi i dosłownie przelewa się przez ręce - to ja jestem ciekawa jak w takim razie wygląda stan krytyczny... Bardzo żałuję, że zaufałam tym ludziom i nie pojechałam wcześniej na endoskopię do innej lecznicy. Wtedy moja kotka najprawdopodobniej żyłaby jeszcze wiele lat, a ja nie miałabym ochoty umrzeć przez to, że mogłam ją uratować, a tego nie zrobiłam, bo uwierzyłam słowom ludzi z "Morskiego Oka", którzy nawet nie czują się odpowiedzialni za zabicie mojej kotki. A dlaczego to zrobili? Oczywiście nikt nie powie tego wprost, ale jasne jest, że dla pieniędzy. Za leczenie od środy do wtorku wyszło kilkaset złotych, a kolejne 500 mieli dostać za endoskopię, dlatego nie chcieli wysłać nas na nią w inne miejsce. Mam nauczkę na przyszłość, że nigdy nie należy ufać opinii tylko jednej lecznicy. Szkoda tylko, że ta nauczka była tak bardzo bolesna i do końca życia (przy którym trzyma mnie tylko moja druga kotka, która bardzo tęskni za swoją przyszywaną mamą) będę sobie zadawać pytanie co by...
Read moreNie wiem na ile gwiazdek ocenić odebrane życie... Przez zabiegiem mówiliśmy o tym, że Kotysieńka źle zareagowała na znieczulenie przy rezonansie 10 dni wcześniej...Pytałam, czy potrzebujemy konsultacji neurologa czy kardiologa (zakwalifikowali 13 letnią kitkę bez echa serca), ortopeda twierdził, że nie ma takiej potrzeby. Mówiono, że jest to zabieg bez komplikacji, najwyżyj zaburzenie chodu, w najgorszym przypadku nie zareaguje na leczenie i że nie czego się bać. Miałam wątpliwości, myślałam o drugiej opinii u innego specjalisty, ale myślalam, ze to zajmie sporo czasu, a ona taka obolała... Usłyszeliśmy, że kot bardzo cierpi, ale oczywiście to nasz wybór. A przecież nie chciałam jej cierpienia...Czekaliśmy pod lecznicą, zadzwonili po zabiegu, że wszystko jest dobrze, a po ponad godzinie, że reanimacja się nie powiodła...W gabinecie usłyszałam, że zabieg się powiódł. Jakim cudem, skoro ona nie żyje???? Nalegali na sekcji na SGGW, ale wtedy musielibyśmy zawieźć natychmiast jej ciałko do placówki. Nikt nie mówił o śmierci wcześniej, bo podobno nie było takich przypadków w praktyce. Dlaczego ona musiała umrzeć? Nikt nie i nikt się nie dowie... Czy w ogóle powinni byli ją dopuścić do zabiegu???Kiedy wziełam ją na ręcę, jeszcze ciepłą, z łapki ciekła krew i nikt nie wiedział dlaczego...Obcięto jej pazurki, mimo mojej prośby o nie obcinaniu, okaleczono 2 paluszki, gdzie została połowa tego, co powinno...Straciłam tu miłość swojego życia, swoją drugą połówkę i sens istnienia, brak mi słów, żeby opisać tę wyjątkową istotę, które obiecano dobre życie, a dostała lichą śmierć, z dała od domu, z dała one mnie, nieutulona, przestraszona...
Wysokie ryzyko anestezjologiczne???Pierwszy raz słyszę. Wiecie co usłyszałam tuż przed? "Proszę się nie martwić, będzie dobrze".Żadne wcześniejsze rozmowy z ortopedą nie miały w sobie nic z informowania o takim ryzyku. Obiecano nam ją żywą. Anestezjolog rozmawiał z nami chwilę przed zabiegiem i tylko zapytał o choroby towarzyszące, miała tylko problem z piaskiem okresowo. Jeżeli to wysokie ryzyko było, to do jasnej Anielki, dlaczego nikt z nami o tym nie rozmawiał? Dlaczego o jej życiu zdecydowaliście za mnie? Jak bym wiedziałam, że to już koniec, to nie zaniosłabym ją przerażoną do obcej dla niej lecznicy na innym końcu miasta, tylko pozwoliłabym jej odejść w moich ramionach w ciszy i spokoju, nie pozwoliłabym...
Read moreNajwiększym plusem lecznicy jest dr Olga Gójska-Zygner. Dokładna,analityczna,dążąca do prawidlowej diagnostyki,zawsze pomocna,cierpliwie tłumaczy i wsłuchuje się w relacje opiekuna,nie unosi się pychą (jak większość weterynarzy) ,gdy właściciel proponuje/pyta o inny model leczenia,a bez wyższości tłumaczy i wyjaśnia słuszność swojej decyzji. Zostaje do ostatniego pacjenta,gdy reszta lekarzy dawno w domach. Empatyczna, prawdziwy lekarz z powołania! Nie jedynie dla kasy i biznesu oraz żerowania na emocjach zdesperowanych opienkunów chorych zwierząt,co jest ostatnio b.częstą praktyką wśród lek.wet. Potrafi obsłużyć agresywne wolnożyjące koty (to rzadkość wśród wet.).Gdybym oceniała tylko Panią dr ,byłoby 5 gwiazdek.
Co do lecznicy: plusem jest otwarcie do 20.30, ceny niestety wysokie. Obsługa recepcji kiepskawa (załatwianie kilku pacjentów na raz ,odbieranie innych tel. w trakcie przyjmowania płatnośći za jednego pacjenta,ciężka komunikacja,po pieczątkę lecznicy na recepcie trzeba biegać między piętrami). Lecznica średnio z czystością,łazienka dość ponura. W połączonych gabinetach przewijają się lekarze obsługujący kilku pacjentów (potrafią wtargnąć bez pukania i uprzedzenia do gabinetu,gdzie np.jest obsługiwany dziki kot,który potrafi uciec,dotkliwie drapnąć itd.),co rodzi dodatkowy stres u zwierzaka i przerażenie opiekuna! Ogólny chaos powoduje w najmniejszym przypadku niemożność skupienia się na wizycie opiekuna,a przecież płaci za nią słono i ma prawo do względnego komfortu podczas wizyty. Współczuję lekarzom warunków pracy,ale zalecam większy szacunek do siebie nawzajem oraz opiekunów swoich pacjentów w tym względzie.
edycja: niestety dr Gojska-Zygner odeszła już z tej lecznicy,więc teraz nas już tam nie będzie i gdybym dziś wystawiała opinię dla samej lecznicy byłaby...
Read more